Casablanka przywitała nas w końcu kwietnia w miarę ciepłą temperaturą. Po europejskich chłodach, nawet 20°C dawało nadzieję na ogrzanie się słońcem. Później okazało się, że „brama Afryki”, jak zwykło się określać Maroko, w zależności od regionu oferuje dość zróżnicowane warunki klimatyczne.Marrakesz przywitał nas deszczem, a w górach Atlasu Wysokiego przedzieraliśmy się przez śniegi i lawiny błotne. Od Warzzazatu do Tarfai powiało gorącym powietrzem na miarę prawdziwie afrykańskiego kraju. Tak duża różnica w aurze i temperaturze Maroka była dla nas zaskoczeniem, ale jednocześnie pozwoliła przełamać stereotyp myślenia o trwale panującej tam wysokiej temperaturze.
Z Casablanki do Marrakeszu dostaliśmy się kursowym pociągiem. Wyjątkowość tego miasta oczarowała nas od pierwszego zetknięcia. Z resztą nie tylko nas, UNESCO wpisało miasto na listę Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Marrakesz ożywa wieczorem wrzawą niezliczonych ilości straganów i spotkaniami w uroczych restauracjach. Właściciele lokali przekrzykują się w zaproszeniach na wieczorną kolację, a wszystko tam smakuje wybornie: słodkawe Patie (kurczak curry w lukrowanym cieście), kalmary, świeże warzywa, marynowane oliwki i broschuetty (szaszłyki mięsne). Poczęstunek egzotycznymi kulinariami marokańskiej kuchni w postaci gotowanych móżdżków baranich smakował…zaskakująco. Barwnej scenerii miasta dopełniają uliczni zaklinacze węży, groteskowi dentyści z kramami sztucznych szczęk i stosami wyrwanych zębów. Grupy etnicznych muzyków, hipnotyzują zmysły dźwiękami wygrywanymi na egzotycznych instrumentach. Na południowym skraju placu Dżemaa el-Fna znaleźliśmy wejście na suki, w labiryncie zaułków targu przeplatają się stoiska z dywanami, niesamowitymi lampami, kolorową marokańską ceramiką i wspaniałymi wyrobami z drewna pachnącego cedrem. Różnorodność kolorów, aromatów i towarów jest wręcz niewiarygodna, można tam znaleźć skóry krokodyla, zasuszone kameleony i inne „magiczne” mikstury. W plątaninie straganów łatwo stracić orientację, zdarzyło się to i nam, ale dzięki temu dotarliśmy w rejony stoisk rzemieślników. Z zachwytem odkrywaliśmy sekrety wyrobów lamp, zamków i innych wyrobów z metalu.
Droga podróży wiodła nas dalej do Medyny. Większość unikatowych obiektów, które należy zwiedzić w Maroku znajduje się właśnie w Medynie. Z każdego zakątka miasta widać słynny Minaret meczetu Kutubijja o wysokości 70 m, który był wzorem do powstania minaretów w całym kraju. Minaret ten był dla nas wspaniałym punktem orientacyjnym i nie pozwolił nam się zagubić. Po całodziennym zwiedzaniu Medyny, natrafiliśmy na turystyczny autobus po Marrakeszu. Za kilkanaście euro kupiliśmy 24 godzinny bilet, który pozwala na podróż każdym napotkanym autobusem linii MarkeszTurist. Z otwartego górnego pokładu podziwialiśmy nowoczesne dzielnice Marrakeszu, nie pozbawione egzotyki, ale bardzo zbliżone do europejskich standardów zabudowy: ekskluzywne hotele, francuskie kawiarnie i szerokie deptaki.
Po dwóch dniach spędzonych w Marrakeszu zaczęło lać, uciekliśmy z miasta w poszukiwaniu słońca wynajętym samochodem, przez góry Atlasu Wysokiego do Warzazat. Kręta droga zaprowadziła nas w rejony kraju położone na wysokości powyżej 2000 m.n.p.m. Przez przerzedzającą się mgłę podziwialiśmy surowe, skąpane w bieli szczyty. Padający deszcz i grad spływał kaskadami z rozpadlin skalnych wprost na drogę, razem z odrywającymi się odłamkami skal wprawiały nas w dreszcz nieoczekiwanych emocji. Nikt z naszej trójki nie spodziewał się zimy w Maroku – padający śnieg i grad utworzył cienką białą powłokę szczelnie pokrywającą podłoże. Po pięciu godzinach podróży dotarliśmy do Warzazat. Pojawiło się długo oczekiwane „afrykańskie słońce” i przyjemne ciepło. W Warzazat postanowiliśmy zostać dwa dni a miasto potraktowaliśmy jako bazę wypadową do doliny Dara i Dades. Bez trudu znaleźliśmy nocleg w bardzo przyjemnym hotelu, w którym pokoje usytuowane były w rzędach bungalowów skąpanych w egzotycznej roślinności. W następne dni postanowiliśmy wyruszyć w teren pieszo.
Przełom Dades dostarczył nam niezapomnianych estetycznie wrażeń! Doskonała słoneczna pogoda pozwoliła nam podziwiać krajobrazy w całej ich okazałości. Wędrowaliśmy przez gaje migdałowców i drzew figowych, odwiedzaliśmy wioski Marokańczyków otoczone palmami, jak żywo przypominające osady nubijskie. Podziwialiśmy niesamowita rzeźbę formacji skalnych nazywanych przez Berberów „małpimi palcami”. Droga wiła się przez tunel przełomu i wspinała krętą szosą na szczyt Moharu~Ayachi, skąd roztoczył się przed nami widok na całą dolinę. Niezapomnianych wrażeń przyniósł nam spacer wyschniętym o tej porze roku korytem jednego z dopływów rzeki St. Gorges, do którego musieliśmy się przeprawić przez zwalony pień nad rzeką. Napierające na siebie ściany wąwozu, tworzyły fantastycznie malownicze przewężenia, którymi ledwo dało się przejść. Po dnie wąwozu można spacerować godzinami, szukając skamielin i podziwiając piękno natury wyrzeźbione przez spływającą wodę.
Następnego dnia wyruszyliśmy z Warzazat z zamiarem podboju terenów leżących dalej na południe, na pograniczu Sahary Zachodniej. Jako punkt docelowy wytyczyliśmy Tarfayę, usytuowaną na południowym wybrzeżu Maroka. Po drodze zatrzymaliśmy się w Taroudant, określanym jako „najbardziej afrykańskie miasto”. Do Taroudantu jechaliśmy przez malowniczą dolinę Tanguerfa, często piknikując i chłonąc niespotykany klimat pustkowia. Często wydawało się, że jesteśmy sami na zupełnym odludziu, ale zdarzało się że „tubylcy” wyskakiwali jak „spod kamienia”. Krótkie pogawędki, uśmiechy i życzliwość oraz zainteresowanie „ wydarzeniem”, jakim było tam nasze pojawienie się, podkreślało wrażenie, że tamtejsi ludzie żyją w innej rzeczywistości, spędzając dnie na wypasie stad owiec. W Taroudant spędziliśmy dwa dni. Skuszeni urokiem hotelu Palace Salam, XIX w. rezydencji paszy z malowniczymi ogrodami, wodnymi kaskadami i basenem rozkoszowaliśmy się błogim relaksem. Skorzystaliśmy z przejażdżki caleche (rodzaj dorożki konnej) wzdłuż murów obronnych miasta i w świetle księżyca upajaliśmy się aromatem marokańskiej egzotyki.
Dalsza podróż, powiodła nas ku wybrzeżu. W Tiznit, za namową uprzejmego policjanta, odbiliśmy na Moussa d”Angolu, widokową trasę, wijącą się wzdłuż wybrzeża w kierunku Sidi Ifni. Klifowe wybrzeże poprzecinane co kilka kilometrów malowniczymi plażami w zakolach małych zatok, idealnie nadawało się do plażowania i krótkich odpoczynków. Czuliśmy „dzikość” tych miejsc. Przez cały czas pobytu na nabrzeżu, aż do samego Sidi ifni, nie spotkaliśmy „żywego ducha”. Zmęczeni słońcem i kąpielą w słonym oceanie, późnym już popołudniem, dotarliśmy do Goulimine, zakurzonego miasteczka nazywanego „.bramą Sahary”. Miasto okazało się świetną baza wypadową do nieodległych, malowniczych oaz, tam też mogliśmy po raz pierwszy zobaczyć targ wielbłądów, na którym za 400 drahm mogliśmy nabyć małego wielbłądka. W oazie Abainou, ok. 15 km od Goulimine, za tylko 1 euro można się było pluskać do woli, kojąc zakurzone ciała w gorących źródłach. Na miejscu znaleźliśmy wygodny hotel z bardzo przyzwoita kuchnią. W oazie Tigmert, jednej z największych oaz w Maroku, skuszeni obejrzeniem Karawanseraju, zadzwoniliśmy do jej właściciela Abdou, który oprowadził nas po oazie i ugościł najlepszą herbata miętową. Przy swoistym rytuale parzenia naparu, snuł opowieści o historii kraju, kulturze, dawnym i obecnym życiu na pustyni. Następnego dnia opuściliśmy Goulmine z poczuciem, że zostawiamy za sobą ostatnie zakątki cywilizacji.
Pełni nadziei ujrzenia zachwalanych w przewodnikach” niezwykłych i malowniczych miejsc”, pojechaliśmy w kierunku Tarfaya na dawnej Saharze Hiszpańskiej. I nie zawiedliśmy się ani na jotę! W granicach Sahary Zachodniej, dokąd turyści zapuszczają się niezwykle rzadko, zdarzały się rzeczy naprawdę niezwykłe. Oczarowały nas klifowe wybrzeża, wyschnięte zatoki pokryte mieniącymi się w słońcu ogromnymi połaciami soli i malownicze wraki statków osadzone na wybrzeżu oceanu. Wydmy piachu zasypywały drogę czyniąc ją wręcz nieprzejezdną, a wędrujące samopas wielbłądy przecinały nam drogę w najmniej oczekiwanych momentach. Tarfaya okazała się miastem „.na końcu świata”. Zasypane piaskiem drogi i domy, a wszystko co mogliśmy zwiedzić to niezwykły budynek górujący nad plażą znany jako Casamar- dom w morzu oraz pomnik i muzeum Aitoine’a Saint-Exupery’ego, autora „Małego Księcia”. Po wypiciu doskonałej kawy wyruszyliśmy w drogę powrotną. W Akfenir, małej wiosce rybackiej, natrafiliśmy na „oazę cywilizacji” w postaci hotelu prowadzonego przez francuskojęzycznego Włocha o wdzięcznym pseudonimie- .„Paulo Italiano”. W zaciszu wygodnego salonu wsłuchiwaliśmy się w opowieści amatorów wędkowania, niesamowite historie o mieszkańcach oceanów, których smak poznaliśmy wieczorem...wyśmienicie przyrządzonych przez kucharza.
Nadszedł czas powrotu, mieliśmy przed sobą blisko 1600 km drogi, trasę do Casablanki wytyczyliśmy przez Agadir, As-Sawirę i Marrakesz. Powrót zaplanowaliśmy na trzy dni. W As - Sawirze, malowniczym mieście portowym i raju dla windsurfingu, aż roiło się od małych restauracyjek przyrządzających świeże „owoce morza”. W Marrakeszu oddaliśmy samochód do wypożyczalni i ostatni raz wybraliśmy się na Dżemaa el-Fna. Wieczornym pociągiem wyruszyliśmy do Casablanki… i już zaczęliśmy tęsknić za Marokiem.